Diamond League w Zurychu [24/08] okiem Mastersa

24 sierpnia na stadionie Letzigrund, którego nazwę będziemy długo pamiętać, miał miejsce pierwszy z dwóch finałów Diamentowej Ligi 2017. Dlaczego Letzigrund będzie pamiętny? Kluczenie w strugach deszczu w poszukiwaniu parkingu dało się nam we znaki, ale na szczęście była to jedyna niedogodność tego wieczoru – niewielka w porównaniu z lekkoatletyczną nagrodą, która czekała na nas już na samym stadionie.

Wyjazd spontaniczny, zorganizowany na szybko, pod  wpływem biegowego (i nie tylko) podekscytowania; była nas trójka Mastersów, wrażeń nazbieraliśmy do końca sezonu albo (najlepiej) do następnego mityngu. Po takim spektaklu chce się zdecydowanie więcej!

Stadion wypełniony po brzegi, stadion uroczy, ze swoistym mikroklimatem, lekki i dynamiczny, z własną niezapomnianą specyfiką. Dołączcie do nas w przyszłym roku, a przyznacie nam rację!

Mnie osobiście najbardziej do Zurychu przekonał Mo – DL i 5000m to jego ostatni występ w karierze na tartanie. Tego nie mogłam przegapić! Przez cały wieczór rozglądałam się nerwowo jak małe dziecko czekające na urodzinową niespodziankę, „gdzie jest Mo, gdzie jest Mo”, powtarzałam w głowie, uspokajając się, że przecież zaraz przyjdzie. I pojawił się. Razem z całą bandą chudych wytrenowanych bestii, które nie zamierzały ułatwiać mu zadania. Nikt nie chciał zwyczajnie pozwolić mu wygrać, oj nie. Kilka przebieżek, niby-przyjacielskie spojrzenia (na bieżni nie ma przyjaciół!), chwila oddechu i pach! Poszli.

Na szczęście będąc na stadionie nikt nie przerywa transmisji biegów długich (5 i 10k głównie), wplatając w to inne dyscypliny, które akurat też odbywają się w tym samym czasie. Ma się ten przywilej oglądania wszystkiego za jednym razem, chłonięcia emocji, oddychania oddechem zawodników, klaskania na każdym wirażu, podziwiania niesamowitej techniki. 12 i pół okrążenia. Każde kolejne coraz ciekawsze. Maszyna się rozkręca. Na chyba dwa do końca przełączają na wyższy (jeszcze wyższy) bieg, tną się jeden za drugim. Dzwonek na ostatnie. Co tam się dzieje! Ostatnia prosta to istny horror. Edris w locie, Mo z niepewnością na twarzy. Mo zwyciężył, uf. Uf!!! Tak bardzo nie chciałam innego zakończenia. Runda honorowa. Z flagą, z uśmiechem. Potem więcej było tych rund. Nie tylko dla Mo, ale i dla zwycięzców poszczególnych dyscyplin.

Siedzieli w samochodach, każdy w jednym, ze statuetką, z kwiatami, z satysfakcją, ze szczęściem. Nie chciało nam się opuszczać stadionu, tak szybko to wszystko dobiegło końca!

Tyle emocji w tak krótkim czasie. Tyle mistrzów, tyle wysiłku! Dawka motywacji taka, że lepszej nie da się znaleźć. Za rok też tu będziemy, oj na pewno.

Wybaczcie, że ja tu tylko o Mo. Inni też biegali, o, np. Semenya i cała reszta takich podobnych. Inni też skakali (np. nasz Paweł o tyczce!) et cetera. Ale ja tam byłam dla Mo. Ot taka mistrzowska wybiórczość.

 

Jagoda

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone * są wymagane

facebook
child
instagram